Motto

Najpiękniejsze morze jeszcze nieujrzane
Najpiękniejsze dziecię śni jeszcze w kołysce,
Dni, te najpiękniejsze, są jeszcze przed nami,
A to, co chciałem ci powiedzieć, to najpiękniejsze
jeszcze niewypowiedziane.
(
tłum.własne wiersza Nâzım Hikmet)

czwartek, 17 marca 2011

Made in Japan

Właściwie to świat wokół mnie jest piękny
Właściwie to chciałam łapać motyle w marcu, na błękitnej wstążce okalającej teraz Tokio nad Renem
Właściwie to cztery dni pisałam posta o tym, jak zostanę lektorką książek dziecięcych dla polskojęzycznych pędraków prosząc blogerów o pomoc we właściwym doborze literatury koniecznie polskich autorów.
Właściwie to chciałam podzielić się doświadczeniami wychowywania dwujęzycznego pocieszając tym nowo poznane mamyz podobnymi problemami.
Właściwie to podyskutowałabym o fenomenie e-bestsellerów na Kindle wydawanych bez agentów, bez wydawcy i dostaczających autorom milionów fanów i dolarów- czy u nas ktoś czyta tych autorów: Amanda Hocking, Stephen Leather, Victorine Lieske??
Właściwie to miałam napisać o moim zachwycie  Pawłem Huelle, o moim zdumieniu Stasiukiem i najnowszej ekranizacji " Riding South" według powieści Winifred Holtby
Właściwie to życie toczy się dalej jak gdyby nigdy nic.
.
Ale od piątku siódmej rano, kiedy otrzymaliśmy pierwszy telefon o trzęsieniu ziemi i tsunami to wszystko jest zupełnie inaczej. Swiat fikcyjnych historii przestał mieć takie znaczenie, jakie miał dotąd. Próbujemy pozostać w kontakcie z bliskimi w Japonii zbierając informacje o znajomych poprzez znajomych, oglądajac na przemian BBC, NHK, ARD i TVP.
Nie umiem sięgnąć po żadną książkę. nie umiem oderwać się od rzeczywistości, tej odległej i tak jednak bliskiej.
Podobno nic się nie zdarzy.
Podobno wszystko będzie jeszcze dobrze.
Podobno to tylko zachodnie media tak wyolbrzymiają sytuację.
Podobno Tokio jest wystarczająco daleko.
Podobno wszystkie elektrownie jądrowe są bezpieczniejesze od jednego przelotu samolotem.
Podobno taka sytuacja już nigdy się nie powtórzy.
Podobno uciekają tylko cudzoziemiecy.
Podobno tak naprawdę już jest za poźno.
Podobno.
Czekamy,
czekamy, aż ci w Fukuszimie zdążą.

Na stronie Frankfurter Algemeine Zeitung znalazłam list autorki "Made in Japan". Akira Teruda ( mimo tego imienia to kobieta :)) zdobyła wiele nagród powieścią przedstawiająca w wielce drastyczny sposób strach przed życiem, codzienny bezwład i brak wewnętrznej motywacji (ennui).
Nie jestem pewna, czy w naszym społeczeństwie, gdzie właściwie wszystkie emocje eksponuje się codziennie w imię szczerości będzie łatwo zrozumieć apel Kurody do społeczeństwa, którego najwyższą cnotą jest nie obarczanie innych własnymi emocjami. Mimo to przytaczam fragmenty :
"Drodzy przyjaciele,
"najlepszą drogą do szczęścia jest umiejętność szybkiego dopasowania się do zmian, jakie przynosi ze sobą życie"  pisze autor i duchowy nauczyciel Don Miguel Ruiz. Chcę wam powiedzieć, że zdecydowałam się przestać pozwalać lękom sobą rządzić. Mam tego tak dosyć. Rozpoznać, co się zdarzyło i ocenić sytuację to zupełnie coś innego niż się bać.  Strach i smutek można wyrazić, ale nie powinno się nimi kierować. Co w aktualnej sytuacji jak najbardziej da się praktykować.
Proszę, nie próbujcie ukrywać swoich uczuć czy  poczucia winy, gdyż z czasem będzie jeszcze gorzej. Rozmawiajcie otwarcie z innymi. Nikt nie żyje sam dla siebie. Ukażcie innym swoje uczucia i mówcie, kiedy chcecie płakać, pozwólcie swoim łzom płynąć.Temperatura waszych łez, gryzący ból w krtani i nosie uspokoi was, ponieważ pokaże wam, że wasze ciała funkcjonują normalnie. Dzięki Bogu jesteście przy życiu i dlatego odczuwacie ból i smutek.
Zawsze sądziłam, że jeśli kiedykowiek coś  u nas się zdarzy, to ucieknę. Ale od czasu tego trzęsienia ziemi zmieniłam kompletnie swoje nastawienie, czuję się bardzo związana z tym krajem i jego ludźmi.  (...)
W tym momecie zadzwonił do mnie przyjaciel z zachodniej części Japonii. Powiedział, że mam natychmiast opuścić Tokio, zanim będzie za późno. Wiem, że wielu moich przyjaciół jest przygotowanych do odjazdu. Oglądam wiadomości i słyszę, że kolejny reaktor wybuchł.
Może jestem zwyczajenie głupia, nie wiem. Wiem, że teraz się nie boję.  Zostaję w Tokio i piszę do was.
Akira"


Co zostało po uśmierconej historii...
Rozwidniony dzień dzisiejszy i mające nadejść jutro
Poza tym nic nie zostało
Poza tym nic nie zostało.
(Tanikawa Shuntaro- "Co zostało po uśmierconym mężczyźnie"
w tłum. Tadeusza Sliwiaka i Adachi Kazuko)

Podobno w ciągu najbliższych 48 godzin wszystko się rozstrzygnie.
Podobno będzie dobrze.
Musi być dobrze.
Proszę, niech będzie dobrze.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Tańczcie, tańczcie, inaczej zginiemy - "Pina" najnowszy film Wima Wendersa

Ach, wreszcie wiem, po co stworzono 3 D!

Kurtyna ocierająca się o głowy widzów, deszcz spadający na nasze płaszcze, ręce wyciągnięte w moją stronę, że aż trzeba było się powstrzymać przed uchwyceniem dotyku - jeśli kino kiedykowiek chciało umieścić widza wśród aktorów na ekranie, to w "Pinie" jest tego najbliżej jak tylko możliwe. I jest to chyba najdoskonalsza metoda zaprezentowania tańca - nigdy dotąd nie miałam tak przeogromnej możliwości przyjrzeć się tak dokładnie i tak blisko poszczególnym ruchom i gestom nie tracąc jednocześnie wizji całości. Ten seans mogę bez żadnej przesady nazwać - we fragmentach- prywatnym spektaklem pięćdziesięciu osób tylko dla mnie i rozumiem już teraz, jaki pomysł miał Wim Wenders chcący przenieść przedstawienia taneczne słynnej Piny Bausch na ekran.


Do tego jednak nie doszło. Pina Bausch zmarła niespodziewanie tuż przed rozpoczęciem prac filmowych i projekt nie został zrealizowany. Po czasie żałoby, dyskusjach z rodziną i członkami teatru Wenders zdecydował się na inną formę tego filmu - hommage, rodzaj hołdu dla artystki, a film, który jest wszystkim, ale nie filmem :), stał się rodzajem teatru w teatrze, publicznym prywatnym pożegnaniem, i jednocześnie tym, czym miał być wcześniej, czyli zapisaniem na niczego niezapominającej taśmie filmowej pracy Piny. To prezent - jak informują pierwsze słowa - " film dla Piny Bausch od Wima Wendersa".

Jedna z zapierających dech  scen, podobna odgrywała się na betonie :
ile lat zaufania trzeba mieć do partnera, by odegrać coś takiego?

I mimo tego zdawałoby się ciężkiego balastu oddawania hołdu, mimo głębokich i wielorakich tematów poruszanych w najsłynniejszych spektaklach grupy teatru tańca Tanztheater Wuppertal użytych wyrywkowo do ustawienia ram filmu ( a każdy z tych tematów zasługuje na duża literę) - mimo Bólu, Miłości, Rodzenia, Smierci, Pożegnania, Pożądania Za Każdą Cenę , Instynktów Pierwotnych, Tęsknoty Za Nieosiągalnym i Jakże jest Skomplikowane Być Mężczyną Być Kobietą........ stworzono film niesłychanie żywy, ośmielam się powiedzieć, energizujący.
Kto wie, co powiedzial sw. Augustyn o tańcu, ręka do góry i łapać bilet do kina
Który obchodzi sie absolutnie bez patosu; padające zdania w kolorowej mieszance języków ojczystych tancerzy sa proste i od serca: " Pina obserwowala mnie przez dwadzieścia lat. To dłużej niz moi rodzice". I trafiające prosto w serce.
To pewnie i moja przyszłość, jeszcze nie teraz, jeszcze nie jutro, ale kiedyś będzie tak pewnie i dla mnie.

Chcę zapamiętać rosyjskiego kosmonautę, Pana Architekta w niewidzialnych japonkach, Mistrza Kendo w kwiaciastym kimonie, Ją nieumiejącą zerwać się z łańcucha, Fauna w podwieszanej kolejce wuppertalskiej, Chaplina z rozłoszczonym psem - tyle małych postaci,dużych zderzeń i spotkań.
I cielęcina w baletkach.

"Pina" - z koszmarnym zaetykietowaniem w kategorii "musical" - absolutnie nie wymaga żadnego przygotowania lub wiedzy z zakresu tańca lub teatru. Jeśli ktoś potrafi oglądać zawody sportowe przez półtorej godziny nie nudząc sie przy tym i dopuszczając do siebie myśli  " że  człowiek tyle potrafi", to obiecuję, że będzie w stanie dobrze spędzić i te 100 minut humoru, smutku, wspominania nieobecnej, tęsknot i ułudnych nadziei, jakie z sobą przynosi teatr.

Ciała ludzkie - te doskonale zawodne maszyny- na tle miasta z żelaza, pełnego wspomnień o nieczynnych fabrykach i jakże nadal żywego dzięki współczesnej maszynerii wypadają nie krucho, lecz zwycięsko; według mnie wygrywają wszystkie konkurencje bez stawania w żadnym konkursie. I chociaż łapałam się niekiedy na myśli, czy płeć w zawodzie tancerza nie podlega androgenicznym metamorfozom, to  jednak przedmiotem tańca był najczęściej właśnie dualizm płci.
Po projekcji w moim kinie widzowie klaskali długo, niczym po wspaniałym spektaklu w teatrze, jak najbardziej zasłużenie i jakby oczekując, że tancerze nagle pojawią się na scenie i pokłonią się nam wszystkim...
A my z moją córeczką musiałyśmy po wyjściu powstrzymywać się przed tańcem w niezwykle ulewnym deszczu :)

Trailer na stronie oficjalnej filmu.

piątek, 25 lutego 2011

Christopher Isherwood bez Heinza -"Christopher and his kind" / "Christopher und Heinz"

"Obym i ja, jak oni
Złożony z Erosa i prochu
Wśród tej samej rozpaczy
I nicości trwał w mroku
Płomieniem afirmacji."
***

Miałam rzadką okazję obejrzeć produkcję BBC jeszcze przed jej premierą w Wielkiej Brytanii na niemiecko-francuskim kanale Arte. Niedzielny wieczór poświęcono postaci Christophera Isherwooda przypominając najpierw słynny musical "Kabaret " (1972) z Lisą Minelli i  Michaelem Yorkiem  (scenariusz powstał w oparciu o   "Sally Bowles", "Goodbye to Berlin", "Mr. Norris Changes Trains", często wydawane razem jako "Berlin Stories")  i wyświetlając następnie ekranizację  autobiograficznej powieści "Christopher and his kind" jako " Christopher und Heinz" ( w wolnym tłumaczeniu "Christopher i jemu podobni"-nie znalazłam nigdzie polskiego tytułu,  możliwe, że powieść nie była nigdy  przekładana na język polski).
"Głód nie daje wyboru żadnego
Tylko miłość bliźniego lub śmierć."
***
Rok 1928, Christopher Isherwood przybywa do Berlina na zaproszenie przyjaciela ze studiów, W.H. Audena. Naziści pną się powoli pod drabinie władzy, ale  na razie nie ma specjalnych powodów do niepokoju , życie w Berlinie jest tanie  i dla artysty poszukującego inspiracji dużo atrakcyjniejsze-  grasująca inflacja i wysokie bezrobocie wpędziła wielu mężczyzn w prostytucję, a tajne kluby "tylko dla panów"  zdają się być dla obu Anglików spełnieniem wyobrażeń o wolności.  Jak w pewnym momencie stwierdza Auden, wiekszość z bywalców klubu jest heteroseksualna, a  "nasze pożądanie jest dla nich tylko potwierdzeniem ich męskości".
W każdym z nich tętni ten sen,
Błąd tęsknoty za nieosiągalnym:
Nie " Chcę powszechnej miłości"
Ale "Chcę sam być kochany".***
To jest jedyne zdanie, które zostaje w mojej pamięci z z tego filmu. Nie wiem, czy  moje wyczekiwanie tej biografii, czy dubbingowane dialogi, czy błędy scenariusza, czy osadzenie głównego bohatera na  nieruchomym cokole obserwatora spowodowały, że film mnie tak rozczarował. Herr Ischerwü  jako stenograf , ba, plagiator własnego życia, tnący na kawałki przeżycia pierwszej miłości i sprzedający je w patchworkowych kawałkach jakoś nie wzbudził mojej sympatii. Przeczytałam sobie zatem na pociechę drugi raz "Samotnego mężczyznę"  spędziłam kilka chwili z wierszami  Audena i jestem gotowa zmierzyć z kolejnym  rozczarowaniem . :)
Czy zdołam nauczyć się cierpieć
Nie rzucając ironicznych ani zabawnych uwag
O cierpieniu? Nigdy nie podejrzewałem, że droga prawdy
Jest drogą milczenia, gdzie czułostkowe gadanie
Jest tylko pułapką i nawet dobra muzyka
Jest zgrzytem, a ty, naturalnie, nigdy mnie nie uprzedziłeś.
Jeśli będę odtąd pracował uczciwie i bez wytchnienia,
I miał szczęście, może w chwili kiedy śmierć zada
Swoje dławiące pytanie, będę właśnie bliski wiedzy
Jaka jest różnica między blaskiem księżyca a światłem dnia...
Widzę, że się zaczynasz wiercić. Zapomniałem. Dla ciebie
To nie ma znaczenia.
(fragm. poematu W.H.Audena "Morze i zwierciadło" 
w tłum. H. Krzeczkowski)



***Cytaty pochodzą z  "1 września 1939" W.H.Audena w tłumaczeniu S. Barańczaka.

sobota, 12 lutego 2011

Swiat miniony? Joanna Bator - "Piaskowa Góra"

Od dłuższego czasu szukam powieści pani Joanny Bator "Japoński wachlarz" (chociażby z racji życia w Tokio nad Renem), niestety, wszelakie księgarnie internetowe pokazują naprężoną pierś "nakład wyczerpany", a allegro uśmiecha się do klienta za wartą wcześniej 27 zł pozycję obecnie za jedyne140 zł. Na moje chorobowe mamrotania telefoniczne w temacie poszukiwania utworów p.Bator rodzina zareagowała bardzo miło i tak stałam się w święta posiadaczką "Piaskowej Góry" i "Chmurdalii" . Dziękuję!

Joanna Bator - Piaskowa Góra
Opowieść o kilku rodzinach powiązanych wspólnym życiem w wieżowcu na- jak to  dawno, dawno temu mówiono- Ziemiach Odzyskanych. Babel na Piaskowej Górze w Wałbrzychu.
Zaścianek polskich wsi wprowadza sie do opuszczonych miast poniemieckich, ale zamieszkanie w pustym mieście nie jest w stanie przebarwić czy choć odbarwić ich mieszkańców. Bliskość w tym powojennym i komunistycznym świecie " homo homini lupus" oznacza w najlepszym wypadku bezceremonialność, codzienność ma do oferowania prócz rozczarowań ewentualnie jeszcze niewiele owocną, niekończącą się pracę , a w literaturze- jeśli się po nią w ogóle sięgnie -poszukuje się co najwyżej sentymentów ( a nie artyzmu, jak na to dyskretnie zwraca uwagę autorka.:)). Na kartach książki spotykamy i Janka Klosa i Leoncia z Isaurą, jak najbardziej z krwi i kości.

Największym walorem tej książki jest jej język, oryginalnie wykorzystujący ten potoczny, prosto z ulicy i  sloganów reklam. Autorka cytuje  z" taką dozą bynajmniej nie nieśmiałej "złośliwości. Pomiędzy zdrobnienia i trywialne wulgaryzmy potrafi od czasu do czasu wpleść odrobinę wpółczucia dla swoich bohaterów, by ich po chwili  znów obnażyć. Ci zostali jednak tak stworzeni, że nie byliby w stanie się za to obrazić. Stoją w tej książce nadzy, ale jedyne, co by mieli do powiedzenia to zapewne "no, tak to właśnie było, że ty to jeszcze pamiętasz, no, no, no".  Całkiem możliwe, że język wykreowany przez panią Bator umożliwia  literackie stematyzowanie tamtych czasów. Poezja jak dotąd potraciła na tym kamieniu zęby :(

Czytałam tę książkę, kiedy akurat w polskiej telewizji p. Tomasz  Lis i prof. Jan Tomasz Gross dyskutowali kwestię wojennego szmalcownictwa, a opowieści pani Bator wplatały się potwierdzającą, czerwoną nitką w  tezy kontrowersyjnego historyka.
Zaskoczyło mnie w kilku przejrzanych po lekturze recenzjach etykietowanie tej książki  "feministyczna".  Zdaje się, że przyległo do nazwiska autorki po innych jej książkach . Dla mnie żyjącej w kraju Alice Schwarzer to  określenie zawiera raczej nieco więcej niż tylko pisanie kobiety o kobietach.
Jeśli komuś podobał się klimat polskiego filmu "Wesele" z 2004 lub odpowiadała mu jego wymowa, to z tą książką może śmiało kontynuować przygodę.

Edycja
Na stronie wydawnictwa WAB przeczytałam informację, że książka Joanny Bator "Japoński wachlarz" zostanie wznowiona 1 czerwca 2011 w wydaniu poprawionym i rozrzerzonym!  Bardzo się cieszę i już się uśmiecham przepraszająco do mojej rodziny :)

czwartek, 10 lutego 2011

Łapiąc motyle w lutym

Sam na sam z własnym obłędem i ukochanym kwiatkiem
widzimy, że naprawdę nie ma już o czym pisać.
A raczej, że trzeba pisać o tych samych starych sprawach
W ten sam sposób, powtarzając w kółko to samo
Zeby miłość mogła trwać dalej i zmieniać się stopniowo.

John Ashbery "Późne echo"  
tłum. P. Sommer



 Poezje Johna Ashberego właśnie wydane w Niemczech w wersji dwujęzycznej zostały po pierwszej wzmiance w audycji w rodzaju polskiego Pegaza  sprzedane na pniu. Nie zdążyłam kupić, a po sprawdzeniu polskich wydań okazuje się, że w tym wypadku nawet i allegro nie pomoże. Wszystkim zniechęconym  polityką wydawniczą poezji  w Polsce piszę zatem na pociechę - w innych krajach nie jest z tym  lepiej.
***
 Spodobała mi  się nazwa Lirael na miscellana internetowych odkryć" Plaża muszli"i postanowiłam rozszerzyć moje posty o filmowych premierach  na podobne odkrycia. Wybierając sie w internetową sieć z siatką na motyle czasami znajdzie się może tylko muszyska lub suche liście, lecz niekiedy, nawet i w naszej szerokosci geograficznej można dostrzec przepięknego morpho menelaus. 


***
Z niemieckich nowości ksiażkowych zainteresowały mnie spisane przez nastolatkę doświadczenia zdobyte niestety na własnej skórze tematyzujące mobbing w szkole..  Młodą autorkę zaproszono do Landtagu, gdzie w ramach akcji " młodzież w polityce" poszukiwano nowych pomysłów do programów prewencyjnych. Może tym razem coś wreszcie powstanie, myslę sobie naiwnie? Przejrzałam trochę wydawnictwa polskie, jest nieco literatury specjalistycznej i poradników opierających się też na konkretnych przypadkach, ale nie znalazłam książek relacjonujących ten problem z punktu widzenia ofiar. Sylvia Hamacher "Tatort Schule".

***
Czy jest możliwe zmieścić księgę taką jak Iliada na jednej stronie? Oczywiście jest możliwe, wystarczy strona wielkości plakatu i odpowiednio mały druk. Niemiecka firma All the world's a Page oferuje jak dotąd Iliadę i Makbeta ( po angielsku) oraz Fausta i "Kapitał "Marksa ( po niemiecku) w wersji na ścianę dołączając do plakatów i lupę... W planach na rok 2012 " Ulisses" Joyce'a , (jak tylko wygasną prawa autorskie).

***
Lutowe premiery w niemieckich kinach Arthouse:
  • Poll-  Estonia przed pierwszą wojną światową.
  • I killed my mother - słynny debiut Xaviera Dolana wreszcie i u nas.
  • Rodzina (en Famile) - na ostatnim Berlinale na tym filmie niemieccy krytycy płakali. Jak czytam na filmwebie, polscy raczej nie.

 ***
Z własnego kącika :  rozszerzyłam post o Jane Eyre 2011  o pierwsze klipy i nowe zdjęcia.
***

A zdjęcia przebiśniegów i ranników zimowych zrobione wczoraj. Wiosna u wrót..

niedziela, 6 lutego 2011

Wyniki konkursu


Do konkursu zgłosiły się aż 32 osoby. Cieszę się niezmiernnie, że przy tej okazji  dane mi było trochę rozświetlić tę ponoć anonimową pustkę internetu i  móc połączyć kliknięcia z realnymi osobami z krwi, kości i avatarów :).  Dziękuję wszystkim raz jeszcze za miłe słowa i życzenia., moje obawy przeczytania komentarza  " a to szkoda,w sumie to wolałbym/wolałabym film " okazały się być płonne :)

Cieszę się niezmiernie z nowych znajomości. Kilkakrotnie w mailach zasugerowano mi wymianę książek. Pomysł przypadł mi do gustu, zaczęlam właśnie pracować na nową stoną ( zakładki na samej górze) z odnośnikami do książek na wymianę, oddanie lub do wypożyczenia  i mam nadzieję wkrótce móc zaoferować dużo więcej. Jak na razie skopiowałam tylko tytuły wpisane już na blogspotcie.
 Na kilku blogach widziałam też ciekawy pomysł na loterię  " przekaż książkę dalej", czyli coś w rodzaju bookcrossingu dla blogowiczów, myślę że i w mojej bibliteczce znajdzie się kilka  pozycji nadających się do tego rodzaju  zabawy w przyszłości..

Losowanie odbyło się w gorączkowej atmosferze ( maszyna losująca chyba będzie mieć grypę :( ), a szczęśliwy los wyciągnęła  Szprotka


dla :

Dziękuję wszystkim uczestnikom, a zwyciężczyni gratuluję i proszę o kontakt przez maila ( moje namiary na stronie "o mnie ") ...

 Zapraszam wszystkich ponownie  na bloga.

niedziela, 30 stycznia 2011

Ludzie Boga


Czegoś takiego już dawno nie przeżyłam. Zdarzalo mi sie w tygodniu premierowym natrafić na pełną salę kinową, ale byly to zwykle filmy dla tak zwanej szerokiej publiczności.  Film " Ludzie Boga "- o jakby wydawałoby sie raczej mało atrakcyjnym temacie codziennego życia katolickich mnichów -  jest w moim niemieckim mieście wyświetlany już od przeszło miesiąca i nie spodziewalam sie, że zastanę salą wypełnioną do ostatniego miejsca, a ci , którzy przybędą do kina po mnie  zdecydują się nawet  na spędzenie wieczoru  na stojąco opierając sie o ławę barową kasy (krzesełka barowe tez zostaly zajętę). Trudno się dziwić, że początkowe dyskusje wszystkich zebranych toczyły się wokół przepisów przeciwpożarowych.  Reklamy na plakatach "Sensacyjny sukces: ponad 3 miliony widzów w samej Francji" powinnam była potraktować  bardziej informacyjnie.

Film relacjonuje prawdziwą historię małej wspólnoty trapistów z Tibhirine, klasztoru w górach Atlasu, w Algierii. W roku 1996 siedmiu z nich zostalo uprowadzonych z klasztoru,  a po dwóch miesiącach zostały odnalezione tylko ich glowy. Okoliczności śmierci nie zostały do dzisiaj wyjaśnione i mimo, że do tego czynu przyznała sie jedna z organizacji terrorystycznej podejrzenia rozciągają się nawet  i na rząd.
Autorzy filmu  jednak nie podjeli  tematu poszukiwania winnych, ich film jest hołdem dla zmarłych i skrupulatnie odtwarza codzienne życie zakonników w warunkach pojawiającego się zagrożenia. Zyjąc pod nieustanną groźbą śmierci jaką decyzję powinno się podjąć będąc odpowiedzialnym za siebie, zakon/rodzinę  i tyle innych osób? Francuscy mnisi mogą zawsze powrócić do swojego rodzinnego kraju, jednak ludzie, którymi się opiekują, nie mają dokąd uciec.

Film zdecydowanie nie jest ani antyislamski, ani antyreligijny, nie zajmuje się rozstrząsaniem problemów politycznych, a jedyna brutalna scena pojawia się krótko w pierwszej części  Przemoc jest owszem tematem tego filmu, lecz nie jest eksponowana wizualnie. Jeśli ktoś się spodziewa dzieła rodzaju "Shooting dogs", to może się rozczarować,  realizacja "Ludzi Boga" dużo bardziej przywodzi na myśl  "Wielką ciszę".


Wielką siłą tego filmu jest fakt, że można go oglądać na bardzo wielu poziomach uczuć i zrozumienia. Osoby niewierzące odnajdą w nim wiele głębokich myśli i symboli humanistycznych. Osoby religijne mogą go przeżyć w świetle daleko idących odwołań chrześcijańskich.

Gorąco, gorąco polecam.  (mimo zmiany  polskiego tytułu z " O ludziach i bogach / Des hommes et des dieu "na  "Ludzie Boga"; )
zdjęcie archiwalne
 Pisma przeora klasztoru, Christiana de Chergé ( na zdjęciu pierwszy od lewej)   zostały wydane w wielu językach.  Po polsku można poczytać fragmenty testamentu duchowego tutaj kilk i tutaj klik.
Na stronie internetowej filmu dokumentalnego z roku 2006 p.t. "Le testament de Tibhirine" można też zapoznać się z dokumentami archiwalnymi. Rzeczywistość wyłaniająca się z tamtych zdjęć zdaje się być jeszcze bardziej surową, niż ta przedstawiona w filmie...

wtorek, 25 stycznia 2011

Kandyzowane urodziny bloga, czyli coś do wygrania

Rok temu opublikowałam pierwszą notkę. Było to  tłumaczenie z niemieckiego Bright  Star - Jasna Gwiazda. Pierwszy wstęp Jane Campion do zbiorku poezji i  listow Johna Keatsa  powstałe z fascynacji filmem "Jaśniejsza od gwiazd". I chociaż ten pierwszy post poddawany był jeszcze licznym obróbkom i eksperymentom  przez kolejne dwa miesiące, to jednak ta data już pozostanie już tą oficjalną rocznicową..
Smacznego!
Częstuję czekoladkami Thorntons!
( ta nazwa wywoła skojarzenia zapewne tylko wsród znających "Północ- Południe")
 Prowadzić bloga jest wielce ciekawym  doświadczeniem. Muszę w tym momencie  bardzo serdecznie podziękować blogowiczom za tak miłe i szybkie przyjęcie mnie do swojego grona. Przez pierwsze miesiące nie posiadałam jeszcze żadnego licznika, a i blogger nie oferował  żadnych statystyk, toteż odkrywanie własnego bloga na listach innych było bardzo zaskakujące. Jak teraz wiem (i sama z braku czasu też stosuję,) nawet regularne czytanie bloga nie oznacza jeszcze zamieszczania na nim komentarzy. :)  Niepisane reguły życia blogowego są pełne niespodzianek, a mnie niezmiernie ucieszyło odkrycie współpracy międzyblogerskiej - czy to w formie wyzwań, (których  osobiście nie traktuję wedle nazwy;)), czy czasopisma internetowego tworzonego przez blogowiczów Archipelag.

Statystyka bloggera informuje, że nadal największą popularnością cieszą się posty o Johnie Keatsie. Osoby poszukujące o nim informacji trafiając tu pozostają dłużej na blogu i mam nadzieję, że jeśli spędzają na nim - według statystyk - około półtorej godziny, to może też znajdują to, czego poszukiwały. Natomiast na pewno zupełnym rozczarowaniem musiało być trafienie poprzez google do mnie tych osób poszukujących :

pynchon na dzień sądu
serial z muppetami  dvd
rychard armitage i jego kobiety
wiersze związane stop dopalaczom
najpiękniejsze motta w języku włoskim
przez jakie u pisze sie lód

Drogi google są pełne tajemnic.Te osoby oczywiście nie spędziły u mnie nawet minuty, co rozumiem. Mam tylko nadzieję, że  może ta ostatnia osoba znalazła u mnie to, czego szukała.

 Kim jesteś, drogi czytelniku? 
Czy masz może jakieś oczekiwania od "Pemberley jest tutaj"?  Dzięki  komentarzom udało mi się porozmawiać tutaj z kilkudziesięcioma osobami  i jest mi bardzo miło, że część z nich nadal tu powraca :) Jak dotąd  poznałam tylko jedną blogerkę w świecie realnym (Dot z Czystej przestrzeni), a  dzięki statystykom wiem też, że odwiedza mnie całkiem spora  ilość czytelników z Niemiec, jednak prócz Anny z Berlina  nie znam jeszcze nikogo. Także większość stałych czytelników (nawet tych abonujących tego bloga) pozostaje  nadal tajemiczo anonimowa. Może dzisiejszy wpis byłby dobrą okazją, żeby się poznać?

Co też chciałabym uświetnić małym losowaniem. Moją pierwszą myślą było podarować egzemplarz " Jaśniejszej od gwiazd", jako że od tego filmu wszystko się zaczęło i jest to jednocześnie jedyne na rynku dostępne wydanie Keatsa, niestety.. Ale przybywanie wsród blogów czytelniczych nauczyło mnie, że żaden film nie jest w stanie konkurować z książką:)
Mam zatem nadzieję, że biografia rodziny Brontë " Na plebanii w Haworth" autorstwa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej ( ufundowana przez moją rodzinę) będzie równie atrakcyjna.
Wystarczy wpisać się w komentarzach poniżej. 

Jeśli  ktoś zechce zamieścić informację na swoim blogu, będzie mi bardzo miło, ale nie jest to konieczne. Mając ochotę tylko wpisać się jubileuszowo i nie będąc zainteresowanym tą książką, wystarczy dodać w komentarzu BK, czyli bez książki. (Co ucieszyłoby mnie jako reguła przy postach recenzujących książkę i łączących sią z loterią. Sama kilkanaście już razy rezygnowałam z komentowania takiego  postu nie bądąc zainteresowana nagrodą i nie chcąc odbierać innym szansy nań, a nie mając zwykle czasu na dopisywanie  kilku grzecznych zdań wyjaśniających, dlaczego to chcę tylko porozmawiać o książce, ale jej samej już nie chcę. Wiem, prowadzę typowo skomplikowane babskie życie. ) Ale mam nadzieję, że większość będzie jednak zainteresowana :).
Losowanie odbędzie się 6.2.

Po moich innych doświadczeniach z internetem muszę dodać, że bardzo mnie cieszy odkrycie świata blogów. Jest wielce pocieszające, iż nadal istnieją i wciąż powstają takie miejsca, których autorzy potrafią wyrażać swoje myśli i emocje bez sięgania po słowa wulgarne. Rzecz tak oczywista dla wielu tu osób, że taka wzmianka może być zaskoczeniem. Co mnie niezwykle cieszy. Pozwólcie mi  na odrobinę patosu, drodzy blogowicze, gdyż chcę wam podziękować za tę oczywistą, codzienną kulturę słowa.  Wasze motywowanie do dalszego rozwoju, chęć dzielenia się własnymi odkryciami, wskazywanie, co dobre, inspirujące albo przynajmniej ciekawe ;) wraz z dbałością o język polski powoduje, że stwarzacie miejsca, do których chce się wracać. Przede mną jeszcze długa droga, jeśli chodzi o nadrabianie braków czytelniczych, ale przynajmniej mam się od kogo uczyć!  Zatem - dziękuję, zapraszam do loterii i zachęcam was do dalszej pracy!

sobota, 15 stycznia 2011

Reminiscencje amsterdamskie

Udało nam się pojechać na jedną noc do Amsterdamu. Po piętnastu latach mały kosmos rowerów i kanałów zdawał się być tym samym, chociaż ludzie byli nie do rozpoznania. Czy to ja się tak zmieniłam, czy Holendrami tak wstrząsnęła smierć Theo van Gogha, że nie odnajdowywałam nigdzie tej wolności "ubrań i uśmiechów" podkreślających zwykle przekroczenie granicy niemiecko-holenderskiej? Tym razem nie miałam tak intensywnego wrażenia opuszczenia Niemiec i gdyby nie krótki wizyta w dzielnicy chińskiej, gdzie nawet nazwy ulic są dwujęzyczne, pewnie powróciłabym do domu bez tego uczucia egzotycznej odmienności świata poza moimi codziennymi troskami i radościami ;) A wiarę w bezgraniczny luz Holendrów przywrócili  mi ostatecznie policjanci, którym nie chciało sie nawet gwizdać na jeżdzących po peronach rowerzystów. Kilka zdjęć "dzielnie na rowerze" zamieściłam tutaj.
Spędziliśmy znów pięć godzin w Muzeum Van Gogha niebezpiecznie pogłębiając melancholijną radość urlopu bez dzieci. Byliśmy tutaj piętnaście lat temu jeszcze jako para zainteresowanych sobą znajomych, naśmiewając się wtedy nieco z ironii trupiej czaszki z papierosem czy nieporadnych naśladownictw liter chińskich, ale i pozostając pod dużym wrażeniem obrazów boleśnie ukazujących skotłowanie duszy tego nieszczęśliwego artysty. Teraz jednak dużo bardziej przemawiały do nas  płótna próbujące zatrzymać na chwilę czas, tak  jak to właśnie chcieli impresjoniści.
Przy powyższym obrazie " Zniwiarz na polu pszenicy" ("Wheat Fields with Reaper at Sunrise" F 618) zasmucił mnie jego opis zaczerpnięty z listówVincenta do brata Theo . "In this reaper - a vague form fighting like a demon to finish his work of the day - I then saw the image of the death in the sense that humanity represents the corn that has to be reaping. But there's not sadness in this death, this one takes place in broad daylight with a sun flooding everthing with light of pure gold".

Pojechaliśmy do Amsterdamu świętować kolejne urodziny (jak to ładnie mówią Niemcy, właśnie wyzerowałam), toteż rozważania o śmierci były w sumie jak najbardziej na miejscu ;)
Brak czasu ( urlop był tylko na jedną noc) nie pozwolił nam rzucić okiem na najpóźniej odkrytego Caravaggio wystawianego obecnie w domu Rembranta, toteż cieszyliśmy się pobytem w mieście z zaskoczeniem dostrzegając i tutaj ulubione zielone papugi żyjące na wolności.  Doniesieniom o ociepleniu globalnym jest coraz trudniej zaprzeczać:)
Mimo ciepła  ten rok będzie dla mnie kolejnym trudnym, jako że moi chłopcy przestali właśnie sypiać po południu, a do przedszkola pójdą dopiero we wrześniu. Moja prywatna chwila popołudniowa poświęcana z całą świadomością egoizmu ( "tylko wypoczęta mama jest dobrą mamą") na czytanie, pisanie i poszukiwanie przepisu na najlepsze ciasto świata została mi już chyba niedwołanie odebrana, a ja muszę teraz wymyślić kolejny program "duchowego przeżycia na standby".Jak tu przemienić się w rannego ptaszka będąc nocnym markiem i to regularnie pozbawianym snu?
zdjęcie zrobione z szóstego piętra kawiarni Metz & Co.
Może ktoś ma jakąś cennę sugestię genialnej organizacji czasu pozbawioną pomysłu sprzedania dzieci na allegro?

sobota, 8 stycznia 2011

Styczniowe premiery w kinach Arthouse

W niemieckich kinach karnawałowo:
  • "Made in Dagenham", które niemiecki dystrubutor zatytułował jakże po niemiecku" We want sex".
  • "Czarny łabędź" / "Black Swan",  czyli Aronofsky łabędź nadchodzących oskarów.
  • "Howl" -  film o Allenie Ginsbergu. Mam nadzieję, że polski tytułem będzie jednak "Skowyt"  
  • Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne histeryczne nagie...
  • "Kolejny rok / Another year", czyli najnowszy Mike Leigh.
  • Dla miłośników opery : "Hunter's Bride" czyli "Wolny strzelec" Carla von Webera w wersji nie scenicznej, lecz fabularnej osadzonej w czasie i  miejscach twórczego działania autora opery.
  • "Satte Farben vor Schwarz" -film debiutancki warty wzmianki ze względu na miejsce akcji  rozgrywającej się w Düsseldorfie.
  • "Tamara i mężczyźni / Tamara Drewe" ekranizacja komiksu Posy Simmonds opartego na  powieści T. Hardego " Z dala od zgiełku". Podobno dużo lepsza niż taki opis by zapowiadał.  Zdolności rysunkowe p. Posy Simmonds powinny być miłośniczkom BBC znane z czołówki  "Cranford".
kadr z filmu "Tamara Drewe", obok mopsa  Dominic Cooper
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...