Motto

Najpiękniejsze morze jeszcze nieujrzane
Najpiękniejsze dziecię śni jeszcze w kołysce,
Dni, te najpiękniejsze, są jeszcze przed nami,
A to, co chciałem ci powiedzieć, to najpiękniejsze
jeszcze niewypowiedziane.
(
tłum.własne wiersza Nâzım Hikmet)

sobota, 9 października 2010

Dzień Poezji : "The Song of Lunch" - poemat Christophera Reida na małym ekranie

Pierwszy czwartek pażdziernika jest ponoć Narodowym Dniem Poezji w Wielkiej Brytanii.  Ponoć, jako że niemalże każdy artykuł w tym temacie zaczyna się od wprowadzenia "nie wiem, czy słyszeliście, że dzisiaj jest Dzień Poezji, jeśli nie, to nie szkodzi, bo ja też nie wiedziałem".
Nie wiem, czy polscy redaktorzy podobnie przymrużają oko do swoich czytelników pisząc swoje artykuły 21 marca, kiedy to i my świetujemy wprowadzony przez Unesco Swiatowy Dzień Poezji, ale osobiście bardziej przypada mi do gustu obecna pora jesienna, czas liści na tarasie, pledu zarzuconego na ramiona i herbaty ogrzewającej dłonie do zwrócenia sią w stronę poezji niż początek wiosny rozbudzającej we mnie raczej chęć wydostania się z każdej, nawet najpiękniejszej  biblioteczki dla ujrzenia chociaż jednego promyka słońca po tak długim czasie wyczekiwania.

A radość tego święta, jaka wczoraj dodatkowo stała się moim udzialem, zawdzięczam BBC i Gregowi Wise, którym zechciało się podjąć trudu dramatyzacji poematu Christophra Reida " The Song of lunch", ( czyli w wolnym tłumaczeniu "Pieśni obiadowej" ;))  Fabuła wiersza jest prosta- bohater liryczny jeszcze niełzawiczny wymyka się z pracy na lunch z byłą ukochaną. Nie widzieli się niespełna 15 lat, jednakże emocje naszego bohatera zdają się być niedotknięte upływem czasu. Inaczej niż ich ulubiona restauracja, gdzie zaplanowai się spotkać,  i jeśli ktoś dotąd nie dotrzegał nic poetyckiego w krytyce karty dań oprawionej w plastik (karta win z  drugiej strony, och, sic, szok i bęc!), temu polecam przynajmniej tę -zaledwie pięćdziesięciominutową - ekranizację.
Alan Rickman niesie cały trud przekładu  poezji na obraz wypowiadając swoje kwestie nonszalancko żartobliwie, a Emma Thomson towarzyszy mu głosem rozsądku aż do samego jakże dramatycznego końca. W roli męża z okładki  oczywiście Greg Wise.
Poezji współczesnej chyba nie pozostaje nic innego, jak mieszać melancholię z ironią  nadając wydarzeniom prozaiczym poprzez słowa rangę owej poezji. W wydaniu pana Reida jest to małżeństwo całkiem udane, a ja tylko mam nadzieję, że może i panu Barańczakowi zechciałoby się kiedyć pobawić i tym poematem na użytek polskich czytelników, jako, że mój angieski nadal nie jest tak dobry, bym mogła powiedzieć, że cieszyła mnie każda gra słów. Co jednak nie odebrało mi przyjemności uczestniczenia w tym spektaklu.
Gorąco polecam!

sobota, 2 października 2010

Wyzwanie oskarowe : OTO JEST GŁOWA ZDRAJCY / A Man For All Seasons/ Ein Mann zu jeder Jahreszeit

Byłam bardzo ciekawa tego filmu, chociażby z tego powodu, że zdobywając Oskara w roku 1967 pokonał fasynujący i dzisiaj " Kto się boi Wirginii Woolf" a za temat obrał sobie życie św. Tomasza Morusa. Historia Henryka VIII i jego sześciu żon była i pozostaje fantastycznym materiałem dramatycznym dla literatury i sceny, a obecnie niezwykle  popularny serial  "Tudorzy"  korzysta zeń pełnymi garściami. Rozważania na temat  przyczyn odejścia Anglii od kościoła rzymskokatolickiego stoją zwykle na drugim planie, a autorzy chętnie koncentrują sią na postaci króla zatroskanego brakiem dziedzica, seksualnie niespełnionego czy opętanego chęcia władzy abolutnej niezbyt do końca przejmując się faktami historycznymi.

Nie w tym filmie. Tytułowy "Człowiek na każdą porę roku" (tak brzmi orginalny tytuł filmu, przejęty dosłownie i w niemieckim tłumaczeniu) to św.Tomasz Morus ( Thomas Moore) i to wokół jego życia toczy się ta adaptacja sztuki teatralnej Roberta Bolta. Sam Henryk VIII  pojawia sią tylko raz i jako gość - w królewskim przepychu i z orszakiem, olśniewający, władczy, pragnący przekonać swojego gospodarza  Morusa do swoich nowych  planów małżeńskich. Dla posiadania dziedzica gotów jest unieważnić swoje małżeństwo z Katarzyną Aragońską, niepewien "Boskiej słuszności" związku z wdową po własnym bracie. Wsparcie Morusa miałoby wielkie znaczenie i moralne i polityczne. Niestety, przy oficjalnym powitaniu król wysiadając z łodzi zanurza się w błocie aż po kostki i mimo, że zmieszanie pokrywa  jowialnym śmiechem, to jego zabrudzone buty symbolicznie dyskredytują go (najbardziej we własnych oczach) w dyskusji z Tomaszem., w której  panowie mimo okazywanego sobie szacunku ostatecznie nie uzyskują porozumienia. Dla Tomasza Morusa dyspensa papieska rozwiewa wszelkie wątpliwości co do "Boskiej słuszności" królewskiego małżeństwa, toteż niezadowolony król decyduje się na wczesniejszy odjazd.

Historyczną  zagadką pozostaje decyzja Henryka VII mianowania niedługo później  Morusa  kanclerzem Anglii. Tomasz nominację przyjął i dzisiaj  możemy tylko spekulować, czy każdy z nich miał nadzieję przekonać drugiego do własnego stanowiska. Kiedy trzy lata później Henryk obwoła się głową Kościoła, Tomasz zrezygnuje z godności kanclerza i będzie unikać jakichkolwiek oficjalnych deklaracji. Przymuszony do podpisania  aktu sukcesyjnego zawierającego sformułowania stawiające Henryka ponad papieża odmówi, za co zostanie ostatecznie skazany na karę śmierci. Jego płomienna przemowa w sądzie jest punktem kulminacyjnym filmu.

I właśnie na dysputach i argumentacjach słownych opiera się ten film, z dzisiejszego punktu widzenia skonstruowany niemalże statycznie. Filmy współczesne budują emocje dużo bardziej za pomocą obrazów i gestów  pozostawiając słowom rolę celnych sformułowań czy puent. I chociaż sloganem reklamowym "Oto jest głowa zdrajcy"  było zdanie: "jego milczenie miało większą siłę niż wszelkie słowa", nie należy go absolutnie odnosić do samego filmu :)
Dylemat sumienia, ingerowanie instytucji politycznych w sprawy wiary, czy istytucji religijnych w systemy polityczne w czasach braku rozdziału państwa od Kościoła są tutaj pokazane bez jakiejkowiek demagogii i myślenia białoczarnego, a autorzy stawiają  uniwersalne pytanie, czy  milczenie wobec zła jest jednoznaczne z cichą zgodą nań i przyzwoleniem.

Swietna lekcja historii i etyki. Gorąco polecam.

Oskary za najlepszy film, reżyserię, główną rolę męską, scenariusz,  kostiumy, zdjęcia, (podobny obfity deszcz nagród Bafty i Złotego Globu) są jak najbardziej zrozumiałe, chociaż rozumiem  rozczarowanie miłośników Antonioniego (kandydował do nagrody za najlepszą reżyserię za "Zbliżenie" w tym samym roku) czy właśnie "Kto się boi Wirginii Woolf". Tak to jest z Oskarami...

Wyzwanie oskarowe : OTO JEST GŁOWA ZDRAJCY / A Man For All Seasons/ Ein Mann zu jeder Jahreszeit- Oskar 1967

Październikowe premiery w niemieckich kinach Arthouse

*** Ekranizacja bestsellerowej powieści - testamentu Tiziano Terzani " Das Ende ist mein Anfang / Koniec jest moim początkiem ".

***"Zarte Parasiten"czyli "wrażliwe pasożyty". Ogłoszenie : dwoje młodych ludzi oferowuje osamotnionym trochę ludzkiego ciepła za wikt i opierunek.

****Jestem miłością  . Po niemiecku " I am love"



****Gaisbourg -  sława, seks i gęba



*** Goethe!-czyli "Zakochany Wolfgang" albo "Lecket mich"



I jeszcze z poczucia obowiązku: 
***kolejny "hit" polsko-niemiecki  "Weselna Polka".  Dla tego filmu  Die Toten Hosen (pochodzą z Düsseldorfu)  śpiewają po polsku.

czwartek, 30 września 2010

"Swego nie znacie... czyli Polska oczami obcokrajowców" Judyta Fibiger. Z serii " Biblioteczka w łazience"

Moja kazachska przyjaciółka zaskoczyła mnie ostatnio tym "prezentem z wakacji". Wiedziałam, że planuje pobyt na wyspie Uznam (niem. Usedom), nie sądziłam, że przy okazji będzie zwiedzać Swinoujście. Tam w jednej z kawiarnii dotrzegła ten ( "nie na sprzedaż, nie na sprzedaż") albumik, i zaparła się go zdobyć "koste es was es wolle". Ostatecznie w internecie okazał się być na sprzedaż i nadszedł wraz z ręcznie pisaną karteczką "Serdeczne pozdrowienia -Kompania Piwowarska" (sic!). Bo też jest to wydanie reklamowe pewnego browaru, chociaż odniesień do piwa znalazłam akurat tylko jedno.

Zamiarem autorki było sportretowanie znanych obcokrajowców żyjących w Polsce, a dla mnie żyjącej z daleka od kraju było to jak sięgniecie po plotkarską gazetę w poczekalni u lekarza. Poznałam wiele nieznanych mi nazwisk, a przy najbliższym pobycie w Zakopanym zamierzam się wybrać do Ariake w Harklowej.
 
Albumik znajduje się teraz na regaliku książeczek w łazience dla gości. Wszystkie tam mają ten dar, że można je otwierać na dowolnej stronie i odłożyć bez poczucia niedokończenia, a ja tym wpisem próbuję ocalić od zapomnienia miły gest bliskiej mi osoby.

"Swego nie znacie... czyli Polska oczami obcokrajowców" - Judyta Fibiger

poniedziałek, 27 września 2010

Downton Abbey

Najnowsze dziecię Juliana Fellowesa realizującego idee i pomysły zrodzone przy produkcji Altmanowskiego "Gosford Park". Obsadę tego siedmioodcinkowego serialu ITV czyta się niemalże jak "Who is who" angielskiej sceny telewizyjnej, a realizacja  mogłaby mieć stempelek "BBC" nie tylko z racji wykonania, podejścia do tematu systemu klasowego, ale i z faktu, że wiele osób pracujących przy tej produkcji to dawni pracownicy BBC.
Pierwszy odcinek otwiera pięknie sfilmowana droga pociągu ścigającego się z wieściami przesyłanymi liniami telegrafu. Jest kwiecień 1912, całym światem młodego postępu wstrząsnie katastrofa Titanika, a Downton utraci ostatnią szansę na zachowanie dziedzictwa.
Trudno wystawić ocenę całemu serialowi znając tylko pierwszą część. ITV ma straszliwą manierę wstawiać co dziesieć minut pięciominutowe bloki reklamowe, przez co odcinek godzinny urasta do półtoragodzinnego, a widz ledwo wprowadzony w atmosferę początków minionego stulecia zaczyna znów rozważać zakupy Quality Street czy wypicie kolejnej filiżanki genmaicha.
Mimo mocno zarysowanych struktur  i wynikających z nich oczywistych sytuacji konfliktowych brakuje mi na razie tej zimnej, sztyletowo ostrej ironii cechującej wspomniany wyżej film Altmana ; osoby dramatu funkcjonują na razie na czarno-białych płaszczyznach, a zakończenie nieco sentymentalne budzi lekkie obawy co do dalszego kierunku.  Zobaczymy.

Do dalszego czytania :
Zestaw dla prasy, z którego pochodzi powyższe, straszliwe zdjęcie. Nieoficjala strona serialu  oraz Blog Charleybrown z odnośnikami do chyba wszystkich artykułów w tym temacie.

Update:
1. Pierwszy odcinek przyciągnął ponad 7 milionów widzów. Zaskakujące jest to, że do drugiego przysiadło już ponad 8 milionów.
2. Z odcinka drugiego : "A co to jest weekend? " Przepyszne.
3. Po odcinku trzecim : Zatwierdzono drugą serię (season), 8-odcinkową. A mnie się powoli przestaje podobać.
4. Po odcinku czwartym: Chyba już tylko dla Maggie Smith oglądam.
5. Piąty przestałam oglądać po drugich reklamach. Serial  traci na wiarygodności współczesnym zachowaniem i gburowatością służby wobec państwa. Dokończyłam dwa dni póżniej z sympatii dla Maggie Smith.  Eleganckie-" postaram się potraktować to jako komplement" otrzymało nową ripostę : -" to chyba źle sie wyraziłam" .... Ogólnie zrobiło się trochę milej. Chodzą plotki o kolejnym serialu - niby trzeci sezon DA, niby coś nowego.
6. Odcinek szósty toczy się w roku 1914. Czyli te poprzednie niby dwa lata trwały.... hmmm.... Motylkowo, choć spiesznie.A zakończenie pewnie zawiśnie w powietrzu (wojennym)..
.DVD i Blu ray są już w przedsprzedaży, a w dodatkach zapewne pojawi się i ta wycięta scena.
7. Zakończenie miło rozczarowywujące. A bezpośrednio po filmie Hugh Bonneville odpowiada na pytania.
DVD aktualnie znajduje się na drugim miejscu bestsellerów.

czwartek, 16 września 2010

Life - serial przyrodniczy BBC Earth

Moją rodzinę znów zafascynowała poezja natury, a to za sprawą
10-odcinkowego serialu BBC " Life", który możemy ogłądać teraz codziennie na niemiecko-francuskim kanale Arte jako "Faszinierende Wildnis". Rewelacjne zdjęcia, zwłaszcza z zakresu makrofotografii i świetny podkład muzyczny stawiają ten serial na półeczkę na najmniej tej samej wysokości co "Mikrokosmos".

Moja córeczka zachwyciła się walcem  małych pławikoników australijskich (Fetzenfisch, Phyllopteryx taeniolatus  na zdjęciu obok i w pierwszym klipie poniżej), mnie zauroczyły obrazy motyli Monarcha (Danaus plexippus) przylatujących tysiącami z obszaru kilku tysiący kilometrów na jedno wspólne wszystkim miejsce zimowania.
Na specjalnej stronie  Arte istnieje możliwość jeszcze przez tydzień obejrzenia wszystkich odcinków tudzież dodatkowych do nich programów making of. Podobnie i na youtube, a serial dostępny jest też na DVD i Blu-ray. Niestety, o polskim wydaniu jeszcze nie słyszałam. Gorąco polecam.




sobota, 14 sierpnia 2010

Wyzwanie oskarowe

Podjęłam wyzwanie oskarowe rzucone przez Vampire_Slayer na  tym blogu. To moje pierwsze wyzwanie blogowe, szczerze powiedziawszy, niezbyt wiem, w co się angażuję ;)  i  jestem ciekawa tego doświadczenia. Jak inne uczestniczki nie mam zbyt wysokiego mniemania o tej nagrodzie od czasów, gdy usłyszeliśmy "And the Oscar goes to.. Rocky " i  mam nadzieję obejrzeć sporo filmów sprzed roku 1977.
Wyzwanie kończy się 31.12.

środa, 11 sierpnia 2010

L'Équipier, czyli żona latarnika

Bretania rok 1963. Na jedną z wysp przybywa nowy latarnik, weteran wojny francusko-algierskiej próbujący ułożyć sobie jakoś życie, gdzieś może nie "jeszcze dalej niż północ", niemniej jednak też gdzieś na końu świata. Film zaczyna się całkiem komediowo zabawnymi uprzedzeniami, sugeruje nam zawiązujący się romans wspaniałymi widokami, niesamowitymi ujęciami sztormów, wysp, wnętrz starych latarni, aby w międzyczasie bez przemów i patosu obnażać ksenofobię wszelakich małych grup, czy to etnicznych, czy utworzonych wedle jakiś własnych praw typu "ja w tym przedziale usiadłem pierwszy".


Zwycięstwa moralne są zwykle ciche. Tak jak wszelkie dobre rzeczy dnia codziennego. Ale nie o tym mówi "L'Équipier".

 Film powinnien podobać się każdemu, komu podobało się "Zycie ukryte w słowach" czy "Malena".

Zona latarnika/ Pomocnik Latarnika / L'Équipier/ Die Frau des Leuchtturmwärters/ The Light

środa, 4 sierpnia 2010

O miłości i makaronach / Mine vaganti / Loose Cannons/Männer al dente


To miało być miłe wyjście z koleżanką do kina. Ale niestety w kinie byli jeszcze inni "widzowie", tacy, którzy są zmorą każdego kinomana, gadający, jedzący, komentujący na całą salę, a ci siedzący obok mnie, którzy się jeszcze " do środeczka" dosunęli, mieli ze sobą celofanową paczkę chipsów i psa. Tak, psa w kinie. Podobno wolno. Lubię zwierzęta, chociaż wolę, jak są... hmmm... umyte i wolę w czasie seansu nie musieć odciągać żadnego od oblizywania moich spodni.

Toteż o filmie mogę powiedzieć tyle, że wydawał się mi być nierówny; poezję i humor rozcinał płaski żart i ostry montaż, możliwe jednak, że "Mine vaganti" był genialny i bardzo rozrywkowy, a mi zwyczajnie nie było dane się skupić.  Kilka ujęć zapadających w pamięć swoją sympatyczną symboliką (wątek starszej pani i jej wspomnień, scena z biscoti i czytania książki w łóżku) skłania mnie do obejrzenia tego filmu kiedyś tam raz jeszcze, ale na pewno w zaciszu kina domowego, przy zupełnie innych zapachach....Biedny mały illutus.

Co mnie natomiast przed seansem ucieszyło, to trailer filmu dokumentalnego Bébé(s)/Babies/Babys o czterech niemowlętach w czterech kulturach. Kamera towarzyszyła maluszkom z Japonii, Mongolii, Namibii i USA przez pierwszy rok ich życia, a film pozbawiony jest komentarzy i tłumaczeń.




 Sountrack "Mine vaganti" do odsłuchania we fragmentach  tutaj
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...