Pierwszy czwartek pażdziernika jest ponoć Narodowym Dniem Poezji w Wielkiej Brytanii. Ponoć, jako że niemalże każdy artykuł w tym temacie zaczyna się od wprowadzenia "nie wiem, czy słyszeliście, że dzisiaj jest Dzień Poezji, jeśli nie, to nie szkodzi, bo ja też nie wiedziałem".Nie wiem, czy polscy redaktorzy podobnie przymrużają oko do swoich czytelników pisząc swoje artykuły 21 marca, kiedy to i my świetujemy wprowadzony przez Unesco Swiatowy Dzień Poezji, ale osobiście bardziej przypada mi do gustu obecna pora jesienna, czas liści na tarasie, pledu zarzuconego na ramiona i herbaty ogrzewającej dłonie do zwrócenia sią w stronę poezji niż początek wiosny rozbudzającej we mnie raczej chęć wydostania się z każdej, nawet najpiękniejszej biblioteczki dla ujrzenia chociaż jednego promyka słońca po tak długim czasie wyczekiwania.
A radość tego święta, jaka wczoraj dodatkowo stała się moim udzialem, zawdzięczam BBC i Gregowi Wise, którym zechciało się podjąć trudu dramatyzacji poematu Christophra Reida " The Song of lunch", ( czyli w wolnym tłumaczeniu "Pieśni obiadowej" ;)) Fabuła wiersza jest prosta- bohater liryczny jeszcze niełzawiczny wymyka się z pracy na lunch z byłą ukochaną. Nie widzieli się niespełna 15 lat, jednakże emocje naszego bohatera zdają się być niedotknięte upływem czasu. Inaczej niż ich ulubiona restauracja, gdzie zaplanowai się spotkać, i jeśli ktoś dotąd nie dotrzegał nic poetyckiego w krytyce karty dań oprawionej w plastik (karta win z drugiej strony, och, sic, szok i bęc!), temu polecam przynajmniej tę -zaledwie pięćdziesięciominutową - ekranizację.
Alan Rickman niesie cały trud przekładu poezji na obraz wypowiadając swoje kwestie nonszalancko żartobliwie, a Emma Thomson towarzyszy mu głosem rozsądku aż do samego jakże dramatycznego końca. W roli męża z okładki oczywiście Greg Wise.
Poezji współczesnej chyba nie pozostaje nic innego, jak mieszać melancholię z ironią nadając wydarzeniom prozaiczym poprzez słowa rangę owej poezji. W wydaniu pana Reida jest to małżeństwo całkiem udane, a ja tylko mam nadzieję, że może i panu Barańczakowi zechciałoby się kiedyć pobawić i tym poematem na użytek polskich czytelników, jako, że mój angieski nadal nie jest tak dobry, bym mogła powiedzieć, że cieszyła mnie każda gra słów. Co jednak nie odebrało mi przyjemności uczestniczenia w tym spektaklu.
Gorąco polecam!





