"Zaplecze" - Marta Syrwid
To książka, po którą nigdy bym sama nie sięgnęła. Czara z bloga "rozcinam pomarańcze" skusiła mnie przesympatyczną recenzją Zosik i chociaż cieszę się, że książkę przeczytałam(dziękuję Czaro!), to bardzo trudno jest mi ją polecić dalej.
Anoreksja będąca leitmotywem tej książki jest mi bardzo obcym tematem, moje wyobrażenia o niej obejmowały problemy z własnym ego, poszukiwanie własnego potwierdzenia w oczach innych, idealizowanie wartości ciała etc.
W wypadku "Zaplecza" okazało się, że anoreksja może być rodzajem samookaleczania się, gdzie zamiast żyletki używa się głodu i którego przyczyny leżą w reakcji na wrogi świat zewnętrzny... Brutalność otoczenia jest jednak w patologiczny sposób potrzebna, ba konieczna do wewnętrznej moblizacji kształtowania siebie, a definiowanie własnej osobowości przebiega poprzez jedyne tworzywo podlegające kontroli -własne ciało. Cała koncepcja odrzucenia i pogardy świata zakłada konieczność odnalezienia jakiegoś punktu wyższości nad innymi, a skoro nie można go uzyskać ani moralnie ani intelektualnie czy chociażby statusem społecznym to pozostaje jeszcze estetyka zewnątrznego " ja". Własne ciało jest jednak jak i inni żywi uczestnicy tego teatru absurdu zwanego życiem -zdradzieckie, niepokorne i niekoniecznie chcące poddać się narzuconej woli.
"Zaplecze" czytało mi się dość trudno, niezależnie od poruszanej problematyki, jako że wstęp zdradzał pewne ambicje literackie, ale sama fabuła nabierała życia dopiero, gdy autorka- nie wiem czy zamierzenie?- przechodziła na prosty język młodzieżowy ; fragmenty charakteryzujące życie rodzinne dookoła polsatu zdradzały więcej autentyczności niż upoetycznianie przeżyć wewnętrznych. Autorka uczyniłaby swoją bohaterkę bliższą czytelnikowi decydując się na jedną formę samorefleksji .
Te ambicje uniemożliwiają też według mnie polecenie książki ewentualnie osobom dotkniętym problemem anoreksji, jako że autorka chcąc narysować większy obraz pozostawiła czytelnika ze wyrywkowym szkicem fragmentu życia nastolatki, bez ostatecznego zakończenia i nie przedstawiając żadnej alternatywy.
Książkę doczytałam do końca łamiąc zasadę niejedzenia słodyczy w poście i zagryzając ją tabliczką czekolady... Moja silna wola stała obok mnie i chciałabym napisać, że pękła ze mnie ze śmiechu. Ale raczej i jej i mnie było żal tego biednego dziecka z "Zaplecza", za które myśmy tę czekoladę zjadły..